- Informacje podstawowe
- Rozrywka i rekreacja
- Campingi
- Okręgi i regiony
- Miasta
- Wyprawy
- · MotoChorwacja 2003
- · Motocyklem po Bałkanach
- Chorwacja video
MotoChorwacja 2003
Pomysł by pojechac własnie do Chorwacji padł całkiem przypadkiem gdy doszliśmy do wniosku że przydało by się zorganizować jakąś wyprawe motocyklową. Ponieważ od północy otacza nas morze (Szczecin), na wschód nas nie ciągnie a na zachodzie drogo... zostało nam jechać na południe. Tylko gdzie?
Wycieczki do Czech lub na Słowacje wydają się już tak oklepane że po powrocie nie będzie czym się pochwalić. Austria, Słowenia - czemu by nie dalej, a dalej to juz Chorwacja, Adriatyk, i to było to czego nam trzeba!
Sobotnie przygotowania zleciała nam bardzo szybko, niestety ze względu na brak garażu zamocowanie bagażu musieliśmy zostawić na dzień wyjazdu. Co okazało się fatalnym błędem. W niedziele rano obudziła nas ulewa ktora skutecznie opóźniła nasz wyjazd. Gdy tylko deszcz trochę ustąpił szybko i nerwowo mocowalismy bagaż i w drogę.
DZIEŃ 1 (06.07.2003)
Zamiast o 6:00 wyjechaliśmy dopiero po 9:00, jadąc praktycznie cały czas w deszczu, natrafiając ciągle na burze. Nie mieliśmy wyboru, w Jakuszycach na granicy czekali na nas znajomi. I tak byliśmy przemoczeni do suchej nitki więc nie było sensu się gdziekolwiek zatrzymywać. Deszcz jak na złość nie ustępował praktycznie wogóle. Wkońcu musielismy się zatrzymać by się troche rozgrzać bo tak zmarzliśmy że mięśnie łapał skurcz. I pomyśleć że to LIPIEC w naszym kraju !!!
Choć starałem się jechać tak szybko jak to było możliwe, do Jakuszyc dojechaliśmy niestety dopiero przed 16:00. Czekali tam na nas "trochę" znudzeni nasi znajomi. Więc po szybkim powitaniu ruszyliśmy w dalszą drogę. Choć godzina była późna, deszcz ustąpił i postanowilismy jechać tyle ile damy rade.
Robiło się coraz ciemniej, i jazda była coraz mniej przjemna - zwłaszcza dla nas. Była to już nasza 15 godzina jazdy niemal non-stop. Zmęczenie i nerwy dawały się we znaki, trochę błądziliśmy w Brnie szukając drogi, potem szukając noclegu, potem stwierdziliśmy że jedziemy dalej i tak mijały kolejne godziny aż zupełnie zmęczeni około 2 w nocy zjechaliśmy za miastem z drogi na jakieś pole (wkońcu jezdzimy na enduro!!!) i tam rozbiliśmy namioty. To był bardzo cięzki dzień, zwłaszcza dla mojej pasażerki - 17 godzin jazdy prawie nonstop w deszczu bez przerw na posiłek itp... nie tak miał wyglądać urlop :) - ale nikt nie mówił że będzie łatwo.
DZIEŃ 2 (7.07.2003)
O świcie okazało się że namioty rozbiliśmy niemal naprzeciw jakiegoś supermarketu, za miasteczkiem Znojmo. Więc dojechalismy do samiutkiej granicy z Austrią - pierwotny plan został zrealizowany! Zakwasy i ból tyłka ostro dawał się we znaki. Szczerze bałem się że reszte drogi będe musiał przejechac na stojąco - tak odgnietliśmy sobie tyłki :)
Jeszcze przed mocowaniem bagażu postanowiłem posmarować łańcuch (poprzedniego dnia deszcz skutecznie wypłukał cały smar), i tu pojawił się pierwszy problem. Tak się spieszyliśmy wyjeżdrzając ze Szczecina, że nie zwróciłem uwagi i nie poluzowałem troche łańcucha. Tak wielkie obciążenie (2 osób + wielkie torby na tylnym kole) sprawiły że łańcuch był napięty jak struna w fortepianie. Przejechane tak 1100km bardzo poważnie ograniczyły żywotność prawie nowego zestawu napędowego. (Naszczęscie był to wzmocniony RK 525). Zauważyłem również brak jednej szprychy w tylnm kole. Trochę mnie to zmartwiło, ale nie panikowałem bo juz kiedyś zdarzało mi sie zrywanie pojedyńczych szprych i nic wielkiego się nie działo. Więc z nasmarowanym i poluzowanm łańcuchem (choć w sumie juz nie trzeba było luzować - sam się rozciągną) ruszyliśmy dalej.
AUSTRIA, do przejechania jakieś 600km, niestety samymi autostradami co w przypadku enduro nie jest czymś fajnym. Zakupiliśm odpowiednie winetki, zatankowaliśmy do pełna i w drogę (paliwo w Austri okazało się tańsze niż w Czechach!). Pogoda super, słonko świeciło sięc samopoczucie się nam szybko poprawiło. Wiedeń bardzo sprawnie objechaliśm obwodnicą i kierując sie na Graz nie tracąc czasu na postoje pokonywaliśmy setki km. Gdyby nie tankowanie i przerwa na siku, to udało by sie przejechać Austrię nie dotkając jej nogą !!! Praktycznie ciągle autostrada. Chyba jeszcze nigdy piąty tryb w skrzyni biegów się tak nie napracował w XTciaku :)
SŁOWENIA, tam również wskoczylismy na autostradę (płatna ok 1.5 euro, ale bardzo fajna i szybka) kierując sie na Ljubljane.
Choć tego dnia planowaliśmy dojechać do Chorwacji i przenocować w okolicach Rijeki, to jednak zmieniliśmy plany by móc na spokojnie spędzić popołudnie i wieczór. Zatrzymaliśmy się w Słowenii na campingu Bled, nad jediorem i w miejscowości o tej samej nazwie. Bardzo fajny duży camping. Jednak wyraźnie widać że 70% ludzi jest tylko przejazdem z/do Chorwacji. Szkoda bo to bardzo oryginalne miejsce pełne jaskiń, zamków, i grot do zwiedzania. Jednak naszym celem był Adriatk więc po szybkim zwiedzaniu odpoczywaliśmy przy piwku. Przed snem postanowiłem zrobić jeszcze szybki przegląd i smarowanie łańcucha w XTku. I pojawił sie kolejny poważny problem. Brakowało kolejnych szprych w tylnym kole. Wszystko zaczeło się wyjaśniać, tłumaczyło to dziwne zachowanie motoru przy ruszaniu. Zjawisko takie jak by brakowało powietrza w oponach... zwłaszcza z tyłu. Działo się tak tylko przy ruszaniu, więc się tym nie przejmowałem. Nigdy jeszcze nie jezdziłem z takim dużym bagażem wiec tłumaczyłem sobie że to za małe cisnienie o oponie. Niestety to był luz na szprychach, który powiększał się wraz z brakiem każdej kolejnej.
DZIEŃ 3 (8.07.2003)
Do Chorwacji mielismy już bardzo blisko wiec wyjazd spokojnie zaplanowaliśm na 10:00. Wkońcu był czas na spokojne śniadanko, i wyjazd ten zaczynał przypominać prawdziwy urlop. Pogoda wyraźnie lepsza, niż ta z którą zmagalismy się kilka dni wcześniej w Polsce. Z Bled kiedując sie na Triest a później na Rijekę szybko dostaliśmy się do Chorwacji. Na granicy szybka odprawa i jesteśmy w Chorwacji. Niespełna godzina spokojnej jazdy i naszm oczą ukazał się piękny Adriatyk. Widoki zapierają dech w piersiach. Z naszym szczęsciem, trafiamy akurat na burze. Pioruny błyskające nad morzem i hałas grzmotów odbijający się od otaczających gór robi wrażenie. Ulewa trwała jakieś 15 minut. Tak szybko jak zmokliśmy tak szybko słońce nas wysuszyło i juz w 20 minut po ulewie nie została najmniejsza kałuża.
Zwiedzanie Chorwacji postanowiliśmy zacząć od Puli, gdzie zwiedziliśmy ruiny amfiteatru. Niestety tylko z zewnątrz, bo w środku montowała się technika sceniczna na koncert Simply Red`a. Znaleźliśmy fajny prywatny camping (miejscowosci niestety nie pamietam) z basenem i innymi wygodami. Zrobilismy pierwsze zakupy (znaczy się browarek) i wrócilismy pod amfiteatr zobaczyć co to za koncert. Było super, przed północą wrócilismy na nasz camping gdzie czekał na nas basen i browar. To się nazywa urlop! :)
DZIEŃ 4 (9.07.2003)
Przygotowując sie do wyjazdu zaplanowalismy jedynie dojazd do Chorwacji. Pobyt i nie był zupełnie zaplanowany, więc mieliśmy duże pole manewru. Postanowilismy magistralą adriatycką kierować się wzdłuż wybrzeża na południe. To bez wątpienia chyba najpiękniejsza droga w Europie. Po jednej stronie adriatyk po drugiej skała, i zakręt za zakrętem... idealna droga dla motocykli :)
Niestety ilość turystów powoduje straszne korki, zwłaszcza w miejscowościach przez ktore przebiega magistrala (Pula, Rijeka, ..) na szczeście motocyklisci nie mają tego problemu i szybko wyprzedzamy dziesiątki (setki?) osobówek, często z przyczepami campingowymi. Jedziemy tak i jedziemy robi się coraz upalniej, i aż nie chce sie wierzyć że jeszcze kilkadziesiąt godzin temu było nam tak zimno.
Postanawiam zatrzymać się w następnej napotkanej miejscowości - padło na Karlobag.
Prywatny camping nad samym morzem, u stóp pasma górskiego Velbit. Rozbijamy namioty i postanawiamy zostać tu 3-4 dni.
DZIEŃ 5 (10.07.2003)
Dzień ten przeznaczyliśmy na nie robienie niczego. Czyli takie tam obijanie się, zwiedzanie, i opalanie. Każdy robi co tam sobie chce. Ja postanawiam skorzystać z wolnej chwili i zabrać się na spokojnie za XTka. Zdjełem koło, opone i braki w szprychach rozmieszczałem promieniście - tak by zlikwidować luzy i zapobiec zrywaniu się kolejnych szprych. Sytuacja stała się dość poważna bo brakowało już ok 9 sztuk (!!!) Po skończonej robocie, (w tym upale trwało to ponad 5 godzin!) sytuacja znacznie się poprawiła :)
DZIEŃ 6 (11.07.2003)
Na ten dzień zaplanowaliśmy zwiedzanie Plitwickich Jezior. Do Plitvic mieliśmy jakieś 170 km, więc wyruszyliśmy zaraz po wschodzie słońca. Na zwiedzanie tych jezior trzeba przeznaczyć cały dzień i tyle nam to zeszło. XTek musiał zostać na parkingu więc się nie będe rozpisywał o tym jak chodziliśm na piechote :) A jak tam było widać na zdjęciach w galerii.
DZIEŃ 7 (12.07.2003)
Żeby się nie odzwyczaić, siadamy na moto i smigamy po okolicy. Zwiedzamy okolicę, między innymi Gospic - miejscowość ta strasznie ucierpiała w czasach konfliktu bałkańskiego. Jezdzimy tak w poszukiwaniu pięknych widoków, stromych podjazdów i dzikich opustoszałych plaż i innych zakątków których tu nie brakuje.
DZIEŃ 8 (13.07.2003)
Niestety musimy podjąc ważną decyzje, co dalej robić. Nie udało się znaleść lokalnie jakiegoś warsztatu czy serwisu by naprawić koło w XTku. SMSami dostaje adresy serwisów YAMAHY w Rijece, Krk. Do tych miast mamy zdecydowanie blirzej więc postanawiamy nie jechać dalej na południe. Choć w planach mieliśmy dojechać do Dubrownika, musieliśmy zrezygnować. Tego też dnia rozdzielilismy się z naszymi znajomymi. Oni pojechali dalej na południe a my zawrócilismy i resztę pobytu postanowiliśmy spędzić na wyspie Krk. I już po kilku godzinach trafilismy na bardzo fajny camping Skrilla w miejscowości Stara Baśka (na wyspie Krk).
DZIEŃ 9-12 (13-17.07.2003)
Na wyspie spędziliśmy 5 dni. Niestety nie udało się znalesc lokalnie jakiegoś warsztatu, gdzie można by naprawić koło. Wogóle Chorwaci dziwnie sie w serwisach zachowywali gdy pytalismy się o używane koło 17" Wogóle wszyscy tam na nówkach praktycznie śmigają. Podobno banki udzielają bardzo kozystne kredyty na zakup nowych motocykli (sezon tam twra cały rok) wiec praktycznie nie istnieje rynek używanych motocykli.
Postanawiamy dać odpocząć i motoru używamy tylko sporadycznie jadąc po zakupy. Reszte czasu spędzamy na plaży a wieczorami spacerujemy po Starej Basce.
DZIEŃ 13 (18.07.2003)
Choć mogli byśmy zostac jeszcze 1-2 dni, to jednak postanawiamy wracać do domu. Redukujemy jak tylko się da nasz bagaż by jak najbardziej odciążyć tylne koło. I pełni nadzieji wyruszamy w drogę jeszcze przed wschodem słońca. Podróż przebiega dość sprawnie, bardzo szybko przekraczamy granice Chorwacji, kilka godzin póżniej mijamy Słowenię, jazda autostradą w Austri również płynie dość szybko. Choć cały czas jechaliśmy z duszą na ramieniu to wydawało się że szczęście nam dopisze. Mineliśmy Graz i jedziemy dalej. Czas mieliśmy bardzo dobry i wszystsko wskazywało na to że jeszcze tego dnia zaliczymy kawałek Czech. Niestety, szczęscie nas opusciło i 80 km od Wiednia zerwały się kolejne szprychy tak że niemal zablokowało się koło. Całe szczęscie że całkiem spokojnie udało się nam zjechać na zjazd z autostrady. Na zjezdzie tylne koło blokowało się już o wachacz. Dalsza jazda była praktycznie niemożliwa. Na szczescie zaraz obok był zjazd do miejscowości Hattberg.
Udało się tam znalesc całkiem spory serwis motocyklowy, gdzie bardzo miła obsługa pomogła nam znaleść i odwiozła nas na camping.
Przez chwile pojawiła się szansa na naprawienie XTka. W komisie stała stara Tenerka, z takim samym kołem. Niestety pomimo szczerych chęci, koszty tego koła okazały trochę za duże. 200 euro - co przy kursie 4.80 dawało prawie 1 tyś zł - więc zrezygnowałem.
Przeliczyłem że taniej wyjdzie jeśli ktoś mi przywiezie takie koło z Polski i tak też zrobiliśmy.
DZIEŃ 14 (19.07.2003)
W oczekiwaniu na pomoc z Polski czas dłużył sie strasznie. Wracając z Chorwacji nie mieliśmy kasy by chodzić po lokalach. Zresztą nie byliśmy w nastroju. Strasznie nas ta sytuacja zdołowała. Tak długie przygotowywanie się do tego wyjazdu, wymiana wszystkiego co teoretycznie mogło sie popsuć... a tu take rozczarowanie. Straszne długie było to czekanie, w dodatku nie mielismy żadnego kontaktu z kumplem który teoretycznie już do nas jechał. Więc czekaliśmy nie wiedząc jak długo jeszcze.
DZIEŃ 15 (20.07.2003)
Dalej czekamy, troche juz zdenerwowani. Ze Szczecina do przejechania było około 950 km, więc 3 dzień czekania to trochę za długo. Rano uciekliśmy z campingu - by nie musieć płacić za kolejny dzień. I tak praktycznie na ławce przesiedzieliśmy cały kolejny dzień gdy o 17:00 pojawiła się dłuuuugo oczekiwana pomoc. Niewiedziałem czy cieszyc się czy płakać. Prosiłem o całe gotowe koło, a jak nie to o dentkę na wymiane i łyżki do zakładania opony. Niestety moja dentka została przebita w kilku miejscach przez zerwane szprychy.
Niestety "pomoc" przyjechała jedynie z felgą i zestawem śrubokrętów zamiast łyżek do opon. W Austrii niedziela to dzień święty !!! i w takim miasteczki NIC nie było otwarte. Objechaliśm wsystkie stacje, warsztaty, i co tylko się dało. Nawet prywatne mieszkania mechaników (!) i nigdzie nie znalazł sie ktoś kto by nam załatał i przełożył oponę. Każdy zapraszał nas "jutro".
Naszczęscie na jednej ze stacji cudem udało się kupic zestaw wulkanizacyjny "na zimno". więc wrócilismy i walczylismy ze zdjęciem, łataniem i założeniem opony za pomocą 2 śrubokrętów i butów.
No ale się udało (!) i około godziny 21:00 z wymienionym kołem ruszyliśmy do domu.
Bagaże i pasażerka trafiły do samochodu, więc prędkość przelotowa nieco wzrosła :)
Już po zachodzie przekroczyliśmy granice i znależlismy się w Czechach.
Żałowałem że zamiast spać poprzedniej nocy, siedziałem i wyczekiwałem przyjazdu pomocy. Zmeczenie coraz bardziej dawało mi się we znaki. W samochodzie bło nieco łatwiej bo kierowców było 2 i zmieniali się regularnie. Mimo to jechaliśm dalej.
DZIEŃ 16 (21.07.2003)
Jedziemy i jedziemy, ze zmęczenia coraz cześciej mylimy trase i bezsensownie błądzimy. Pomysł by wracać taki dystans na raz okazuje się coraz bardziej bezsensowny. Noc bardzo zimna, znów grabieją ręce tak że sprzęgło ciężko wcisnąć. To chyba znak że zblirzamy się do domu.
Nie pamiętam już o której ale jakoś wcześnie rano albo puźno w nocy przekraczamy granice Polski.
Wkońcu mała przerwa na tankowanie, ostatnie kilometry byem niemap pewny że zabraknie mi paliwa. Naszczęście paliwo z Austrii okazało się bardzo dobre jakościowo (!) i na pełnym baku przejechałem o 65 km więcej niż zazwyczaj. Pierwszy raz w życiu zasnołem oparty o dystrybutor tankując motocykl :)
Podwójny RedBull nieco postawił mnie na nogi. Jedziemy dalej, tak sobie myśle że to tylko 1 tyś km do przejechania, a mam wrażenie że przejechałem juz ze 2 tyś! Przyzwycaiłem się chyba do autostrad we wszystkich mijanych krajach, szkoda że w Polsce przejazd 500 km zajmuje 8-9 godzin :(
Około 11:30 jesteśmy w Szczecinie. Udało się... oj odespać to musiałem jakieś 15 godzin.
PODSUMOWANIE:
Cała wycieczka trwała 16 dni i tyle też planowaliśmy, choć tak naprawdę konkretnych planów nie było. Cały ten wjazd do bardzo duże doświadczenie. Nigdy wcześniej nie wybrałem się na żadną wyprawę, a sucha wiedza wyczytana ze Świata Motocykli o tym jak przygotować bagaż i motocykl okazała się niewystarczająca.
Największy problem jaki popełniłem to że nie przygotowaliśmy wcześniej bagażu, nie przymocowałem go i nie przejechaliśmy się z nim - chociażby do okoła Szczecina... Może zauważył bym ten łańcuch i te obluzowane szprychy.
Już wtedy postanowiliśmy w przyszłe wakacje postarać się powrócić do Chorwacji by dokończyć wyprawę i zaliczyć niezdobyte dotąd regiony w Chorwacji.